Krakowski ogród botaniczny. Intymnie.

Już widzę te lubieżne uśmieszki… “O! Pewnie będzie o zabawach dla dorosłych w zaroślach ogrodu botanicznego” albo “Może opisze jak spotkała ekshibicjonistę, co to czyhając na niewinne dziewice rozchyla poły obowiązkowego prochowca !” Spodziewacie się pikantnych szczegółów? Nic z tego 😛

Intymny – 1. bardzo osobisty, zastrzeżony dla najbliższego kręgu bliskich 2. dotyczący seksu lub narządów w płciowych (Słownik Języka Polskiego)

Dziś skorzystam z tej pierwszej definicji i napiszę Wam o MOIM ogrodzie botanicznym. Osobiście, rodzinnie, intymnie. A że krąg bliskich rozszerzył się właśnie o Was, Czytelników – cóż, signum temporis doby Internetu.

Ogród botaniczny mam prawie za płotem, w związku z tym ostatni raz byłam w nim całkiem niedawno. A przynajmniej tak mi się wydawało. Ze znalezionych w rodzinnym archiwum zdjęć wynika, że jedyne… siedem lat temu 😛 Nie pozostało więc nic innego jak wybrać się tam na spacer z maluszkiem. Szczególnie, że liczba zielonych miejsc w Krakowie, w które da się pójść na spacer z wózkiem jest jednak ograniczona.

Czwartkowe przedpołudnie pod koniec sierpnia. Leniwy, upalny dzień. Krótkie telepanie wózkiem po bruku przed wejściem do ogrodu, 8 złotych za bilet i zacienione alejki ogrodu botanicznego są już na wyciągnięcie ręki.

Szukający obłędnych kolorów na początku mogą się poczuć nieco oszukani. Królujące na wejściu skalniaki o tej porze roku nie obfitują w kolorowe kwiatki, zdecydowanie dominują tu odcienie zieleni.

Nieco dalej pojawiają się kolorki – spacerujemy wzdłuż rabatek jak nie przymierzając w ogródku działkowym. To po lewej na górze, takie wysokie z różowymi kwiatami pięknie kwitło na balkonie rodziców. Dopóki nie zdechło 😉

Urokliwe jaskrawozielone drzewko (chyba klon?) w samym środku krwistoczerwonego klombu – aż się prosi o fotografię. Pół godziny później znajduję dokładnie to ujęcie na Instagramie wrzucone przez jakiegoś Ukraińca zwiedzającego właśnie Kraków 🙂 Wygląda na to, że przyciąga wzrok każdego odwiedzającego ogród botaniczny.

Uroczy, barwny obrazek. Pomarańczowe i czerwone kwiatki, jakich nie powstydziłaby się żadna babcia pasjonatka na swoim wypielęgnowanym balkonie. Dzięki nim ogród botaniczny nabiera kolorów, jednak mam wrażenie, że te urokliwe rabatki choć nadają malowniczego wyglądu, to skutecznie odwracają uwagę od tak zwanych “okazów”, czyli skromnych zielonych roślinek spoglądajcych nieśmiało spod białych tabliczek z opisem.

Kawałek dalej staw pełen białych nenufarów. Nenufar mało oryginalnie, bo zapewne tak jak przynajmniej połowie polskiego społeczeństwa zawsze nasuwa mi na myśl scenę z “Nocy i dni”. Marzenie wielu kobiet – facet w jeszcze przez chwilę białym garniturze zbierający dla nich równie białe nenufary… Co ciekawe lilia wodna, mimo, że to to samo nie nasuwa mi tego skojarzenia. Nenufar = garnitur i zbieranie. Lilia wodna = lilia wodna. A już tym bardziej nazwa grzybienie białe, bo tak brzmi oficjalna wersja nazwy tej rośliny, nie przywodzi mi na myśl niczego przyjemnego. Jak można taki piękny kwiat nazwać tak pospolicie? Zostańmy przy nenufarze 🙂

Są! Zacienione alejki! Bo ich właśnie szukałam. Chłodny cień skrywa mnie i moje 3-miesięcznego Słonko przed krakowskim skwarem. A alejkami dochodzimy do nieco przerzedzonego parku różanego, z jak na park różany przystało romantyczną altanką.

A kawałek dalej znacznie mniej romantyczna szklarnia-palmiarnia. Co tu dużo mówić potworek. Wygląda tak odkąd pamiętam, czyli od czasów, gdy jako mała dziewczynka spacerowałam po ogrodzie botanicznym z babcią i dziadziem. Ale o tym za chwilę. W środku można się przez chwilę poczuć jak w tajskiej dżungli, z tą jedynie pozytywną różnicą, że z gałęzi nie zwisają jadowite węże. I chwała im za to, tym wężom, że nie zwisają. Z wózkiem niestety do palmiarni nie wejdę, bowiem jak przystało na dżunglę ścieżki są wąskie, albo całkiem ich nie ma, a maczetę akurat zostawiłam w domu.

Pod palmiarnią sprzedają dziwne mrożone kulki smakujące jak coś pomiędzy lodami, a mocno zmrożoną kawą. Nie byłabym sobą, gdybym nie dała się skusić. Niezbyt smaczne, ale co kto lubi. Zimne. Miejsce więc z pewnością właściwe, w końcu pod palmą najciemniej, tfu, najcieplej.

A tuż obok dla ochłody kolejny staw z grzybieniami, tym razem nie białymi, a fioletowymi. Jak wyczytałam tu (brzmi mądrze i przekonująco, więc założę, że autor pisze prawdę) fioletowe lilie wodne to odmiana tropikalna.

Tropikalna, czy rodzima ważne, że piękna!

I jeszcze portrecik z bliska.

Zacienionych alejek ciąg dalszy. Tuż nad stawem z liliami wyrasta górka. Górka, która w czasach dzieciństwa była dla mnie ogromnym labiryntem skalnych ścieżek, po których biegałam z nielubianymi naonczas młodszymi kuzynami (polubienie kuzynów miało miejsce dopiero, gdy wszyscy dorośliśmy do wspólnego spożywania napojów wyskokowych), dzisiaj okazała się zaledwie pagórkiem z trzema ścieżkami na krzyż.

Być może tego biegania po ogrodzie botanicznym było sporo, a może był to tylko ten jeden raz, który akurat wyrył się w pamięci kilkuletniej dziewczynki. Nie wiem.  Wiem natomiast, że do ogrodu zabierała nas babcia, najdelikatniejsza istota na świecie. Metr pięćdziesiąt czystego dobra w ciele nauczycielki matematyki. W towarzystwie wielkiego jak piec i srogiego dziadzia (srogiego dla kuzynów, bo ja zawsze byłam ukochaną wnusią), babcia wydawała się jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej kochana. Dziadziu – lekarz, bibliofil, zapalony turysta i erudyta – wiedział wszystko o wszystkim. Poza oczywistą inteligencją i skromnością po dziadziu wszyscy odziedziczyliśmy wagę… niestety nie łazienkową.

To bieganie po ścieżkach na górce w ogrodzie botanicznym tak odcisnęło się w mej pamięci, że postanowiłam i tym razem zagłębić się w plątaninę ścieżek. Z wózkiem. Przypomnę – bez maczety. Jakaś wewnętrzna siła szeptała “Matko z wózkiem, nie idź tą drogą!”, jednak inteligencja odziedziczona po dziadziu okazała się bezsilna w starciu z “dziurą laktacyjną”. O dziurze przeczytałam u brzozóweczki. Sama jedynie rozszerzam to pojęcie – pierwotnie obejmujące jedynie luki w pamięci podczas karmienia małego Słonka cyckiem – o wszelkiego rodzaju głupoty mówione i uskuteczniane w tym jakże błogim okresie wczesnego macierzyństwa.

Zatem idę sobie, idę, maczeta spoczywa w domowym zaciszu, a dziura czyha, czyha i nie popuści. Pcham mój terenowy wózek ze Słonkiem pod górkę. Pcham już tylko prawe kółka, lewe nie mieszczą się na ścieżce. Pcham, choć żadne racjonalne przesłanki nie sugerują, że przejście do przodu będzie możliwe. Ostatecznie Słonko w wózku zawisa na niby-mostku, ja zawisam w przerażeniu nad wózkiem i Słonkiem. Chwilo trwaj! W przód ni chu chu, w tył też jakby nie bardzo. Wspinam się na wyżyny swoich możliwości fizyczno-intelektualnych, walczę z bólem kręgosłupa i grawitacją, kombinuję usiłując zapobiec katastrofie w ruchu lądowym z udziałem pierworodnego. Resztkami sił udaje mi się przenieść wózek nad “przepaścią”. Ród Państwa Lo ocalony! Matka vs dziura 1:0.

A dąb rośnie sobie spokojnie, nie zdając sobie sprawy z dramatu jaki właśnie w jego pobliżu się rozegrał.

Tymczasem na okolicznych alejkach praca wre. Traktor, który z pewnością pamięta jeszcze czasy moich wizyt w ogrodzie z dziadkami, prężnie zasmradza ogrodową atmosferę.

Co jakiś czas udaje mi się wypatrzyć niesamowicie barwnego (jak na polskie warunki) ptaka, ale za każdym razem zanim wyciągnę aparat ptak odfruwa. Spore bydlę było i ładne – uwierzcie mi na słowo. Ptaków musi być tu znacznie więcej, bo w wielu miejscach wiszą przygotowane dla nich budki.

Fontanna może nie należy do najokazalszych, ale w tak upalny dzień znajduje sporo amatorów. Na ławeczkach wokół niej przysiedli dzisiejsi odwiedzający – matki z dziećmi i emeryci. (I może jeszcze turysta Ukrainiec, ale co do tego nie mam pewności.) Nachodzi mnie nie pierwszy raz refleksja, że przedpołudniowe życie miasta ogranicza się do świeżo upieczonych matek i emerytów. A już szczególnie parki są stworzone właśnie dla nich. Dla NAS powinnam napisać. Życie płynie sobie niezwykle spokojnym, wręcz nudnym tempem, które po prostu trzeba pokochać, żeby nie zwariować. Słonko śpi, matka idzie, matka pcha. Matka maszerująco-pchająca.

Piechotą jeszcze przez lato, ale jesień tuż tuż… Okazałe kwiaty (nie pytajcie mnie co to, bo nie mam zielonego pojęcia) więdną w sierpniowym słońcu. W zakamarku ogrodu botanicznego natrafiam na coraz to bardziej kolorowe klomby. I choć większość kwiatów już przekwita, to w tym miejscu naprawdę jest pięknie.

A kawałek dalej… Najprawdziwsze wrzosowisko! Przepiękne wrzosy, we wszystkich możliwych odcieniach fioletu szepczą: “idzie jesień…”.

To zdecydowanie najpiękniejszy zakątek ogrodu botanicznego o tej porze roku.

Wrzosy kojarzą mi się z rodzinnym domem. W pękatym czarnym wazonie, na starym pianinie taty stał bukiet wrzosów. Stał od września do września, kiedy to znikał i pojawiała się jego nowa reinkarnacja. I stała tak do kolejnego września, osypując się nieustannie. Z uporem maniaka sypał się wrzos na pianino, sypał się wrzos na biało-czarne klawisze doprowadzając tatę do szewskiej pasji. Bo jak grać, gdy w pianinie wrzos? Ale jak to tak pianino bez pękatego czarnego wazonu pełnego wrzosów? Sytuacja doprawdy bez wyjścia. Dziś wrzos z pianina zniknął, a mimo to klawisze stukają jakby rzadziej…

A niedaleko wrzosów wyrosły żółto-pomarańczowe kwiatki okupowane przez pracowite pszczoły. W pocie pszczelego czoła wre ciężka fizyczna praca. Bzzzzz…. Miło byłoby wiedzieć jak nazywają się kolorowe roślinki, które mijam, ale na czytanie tabliczek jestem zbyt leniwa (większość i tak jest opisana po łacinie, co dla przeciętnego Kowalskiego, nawet z dziadkiem erudytą nie stanowi wielkiej pomocy).

Kwiatki w ogóle mają ze mną ciężki żywot. Jestem w stanie ususzyć dosłownie wszystko. W naszym domu roślinki podlewa tylko małżonek, bowiem wszelkie próby podejmowane przeze mnie kończą się totalną klapą. Nie pytajcie czemu tak jest. Na szczęście żywe stworzenia mają się w moich rękach lepiej. Flokiego nie zagłodziłam, jest więc szansa, że i Słonka nie ususzę.

Dotrwaliście aż dotąd? Podziwiam! Sama bym tego już dawno nie czytała 😛 Ale skoro już tu jesteście, to pokażę Wam najbardziej prozaiczną stronę krakowskiego ogrodu botanicznego. Kto był lub mieszka w Krakowie ten wie, że ogród znajduje się w samym centrum, niedaleko szpitali uniwersyteckich przy ulicy Kopernika. Od wschodu wzdłuż ogrodu botanicznego biegnie jedna z bardziej ruchliwych krakowskich ulic, ulica Powstania Warszawskiego. Przechodząc w pobliżu sadzawki z fioletowymi liliami wodnymi, trudno nie zwrócić uwagi na głośny szum pędzących samochodów. A w zakątku pełnym pszczół, nad ogródkiem jak z sielankowej wsi wystaje paskudny moloch – budynek Urzędu Miasta.

Nad wrzosowiskiem zaś góruje… Szkieletor! (Więcej o Szkieletorze przeczytasz tutaj.)

I tak urokliwe zakątki ogrodu botanicznego szpecą pozostałości socjalistycznej architektury. To jednak tylko drobiazgi. Niech nie zrażą Was do odwiedzenia tego miejsca, bo naprawdę warto. Przyjemne, ciche miejsce w środku Krakowa dla każdego. A jeśli jesteś matką z wózkiem lub emerytem musisz tu zajrzeć obowiązkowo! 🙂

Na koniec obrazek, który rozczulił mnie do bólu… Opleciony dzikim winem automat z napojami… Jeśli jeszcze masz wątpliwości, czy tu zajrzeć ten widok z pewnością Cię przekona 😛 Miłego spacerowania!

5 Replies to “Krakowski ogród botaniczny. Intymnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *